Polecane, Szczęście, Terapia

5 najlepszych decyzji, które dają mi dziś szczęście

Jestem z tych dynamicznych, tych co nie mogą nie planować, co nie usiedzą mentalnie w miejscu, bo mają poczucie, że jak się nie rozwijasz, to się zwijasz, jeśli nie poruszasz się w jakimś kierunku, to przykrywa Cię kurz. Dlatego podjęłam w swoim życiu mnóstwo decyzji. Wiele z nich, przyznaję, było fatalnych.

Dzisiaj czuję, że wydostałam się spod ich ciężaru, noszę na sobie kilka blizn, ale przetrwałam, oddycham głęboko i jestem spokojna. Czy to wszystko musiało się wydarzyć, żebym mogła być teraz tu, gdzie jestem? Być może. Czy uważam, że wszystkie przeciwności nas budują i że “co Cię nie zabije, to Cię wzmocni”? Nie. Co Cię nie zabije, to Cię nie zabije. Jeśli pozwoli Ci się rozwinąć, to wspaniale, ale stwierdzenie, że każda trauma prowadzi do wzrostu jest po prostu nieprawdziwe. Myślę, że spokojnie mogłabym zrezygnować z kilku swoich doświadczeń, bez większego uszczerbku dla dzisiejszego stopnia rozwoju i dobrostanu. Czy jest sens z żalem patrzeć w przeszłość i narzekać, że była jaka była? Nie ma najmniejszego.

Zatem jestem tu gdzie jestem, z całą historią, której doświadczyłam. I czuję, że w końcu jest dobrze. Nie idealnie, po prostu dobrze. Zaczęłam się zastanawiać, jak to się stało, że tutaj dotarłam. Dochodzę do wniosku, że poza całym ogromnym wysiłkiem, włożonym w proces zdrowienia i logistyczne ogarnianie szkód, kluczowych było dla mnie tych pięć decyzji, podjętych w ostatnich latach:

 

Decyzja 1: To życie jest o mnie.

W życiu nie chodzi o to, żeby spełniać oczekiwania innych. Nie chodzi o to, żeby robić innym dobrze i zabiegać o ich akceptację. Nie wszyscy muszą Cię lubić, ba! Ty też nie musisz lubić wszystkich!

Łatwo powiedzieć, wiem. Jako osobie, która w dzieciństwie nie zaznała zbyt dużo bezwarunkowej akceptacji, bardzo trudno było mi w ogóle uświadomić sobie, że funkcjonuję z włączonym autopilotem, nastawionym na zadowalanie innych. Bardzo dużo decyzji w swoim życiu podjęłam dlatego, że wydawało mi się, że ktoś tego ode mnie oczekuje, albo licząc na to, że zapewni mi to miłość i akceptację. Swoje zdanie i preferencje spychałam w najdalszy kąt głowy. Doprowadziłam do tego, że w końcu nie wiedziałam już, jakie są moje potrzeby, czego właściwie tak naprawdę chcę, co jest dla mnie samej ważne. Potrzebowałam sporo czasu i pomocy dobrej terapeutki, żeby samą siebie odnaleźć pod tym gruzem.

Dzisiaj wiem, że najlepszym sposobem na to, żeby bliskie mi osoby były szczęśliwe jest dbanie o to, żebym ja sama była szczęśliwa.

Żeby to osiągnąć:

  • regularnie sprawdzam ze sobą, czy to, co się dzieje wokół mnie na pewno mi odpowiada, jeśli nie — zmieniam to.
  • pamiętam, że każda decyzja może być zmieniona, to, że wczoraj byłam na coś gotowa i zdecydwowana nie oznacza, że dziś nie mogę zmienić zdania.
  • pytam siebie, czy relacje, w których jestem i otoczenie w którym funkcjonuję na pewno są dla mnie dobre, jeśli nie — podejmuję próbę ich zmiany lub po prostu się z nich wycofuję. Nie pozwalam już na to, żeby ktoś mącił moją wodę.Dotyczy to nie tylko znajomych, ale też rodziny. Naprawdę nie jest tak, że ludzie są na siebie skazani. Wszystko jest kwestią decyzji. Nie ma sensu ani potrzeby się nawzajem męczyć. A już na pewno nie jest moją rolą, żeby kogoś zmieniać. Lepiej życzyć sobie wszystkiego dobrego i rozejść się w pokoju 🙂

 

Decyzja 2: Chcę robić w życiu to, co naprawdę ma dla mnie sens.

Nie chcę już tracić czasu na zajęcia, które nie przynoszą mi satysfakcji, albo po prostu są dla mnie nieprzyjemne. Nie chcę pracować dla ludzi, którzy mnie nie szanują i nie potrafią decenić mojej pracy. Nie chcę spędzać 8 godzin w pracy, która nie ma żadnego znaczenia ani dla mnie, ani dla świata.

Chcę mieć poczucie, że jestem zaangażowana w rzeczy dla mnie ważne, w jakiś sposób pożyteczne, zgodne z wartościami, którymi się kieruję.

Oczywiście wymaga to kilku kroków:

  • odpowiedzenia sobie na pytanie, co to za wartości i jak mogę je wprowadzić do swojego codziennego życia. Jakie są moje mocne strony i jak mogę je wykorzystać? Co uruchamia we mnie flow i sprawia, że nie zauważam upływu czasu, zmęczenia i zimna w stopy? 🙂
  • ułożenia planu działania, który pozwoli na realne wprowadzenie tych wartości w życie z jednoczesną troską o własny dobrostan (czyli planujemy też odpoczynek i nagrody!), bo rzucanie wszystkiego i wyjazd w Bieszczady to opcja bardzo kusząca, ale dla wielu osób, na przykład takich, które zmagają się z zaburzeniami lękowymi, po prostu nieosiągalna.
  • odwagi i wytrwałości w realizacji tego planu, ale takiej opartej o elastyczność i zrozumienie, pozwalanie sobie na trudniejsze momenty, nie przekreślanie całego planu, kiedy na jednym czy drugim zakręcie powinie się noga.
  • znalezienia osób, które będą wsparciem w realizacji planu, które będą w niego wtajemniczone i będą życzliwie kibicować, albo podnosić na duchu, kiedy zajdzie potrzeba, bo wprowadzanie tak gruntownych zmian w życie nigdy nie przychodzi łatwo, warto się na to przygotować i mieć swoją prywatną grupę wsparcia.

 

Decyzja 3: Nie chcę marnować czasu i energii na pierdoły.

Żeby móc angażować się w to, co rzeczywiście dla mnie ważne, musiałam przeorganizować swoje życie tak, żeby przestać ciągle marnować czas na to, co w żaden sposób nie przybliża mnie do tego, jak chcę żyć, nie karmi mnie, a czasami wręcz osłabia.

Tylko proszę nie myl tego z byciem cały czas na pełnych obrotach i biciem rekordów efektywności (fuj! 😉 ).

Najważniejsze okazały się:

  • wyłączenie powiadomień we wszystkich aplikacjach w telefonie. Wiem, że często o tym piszę, ale to dlatego, że jestem zaskoczona i absolutnie zachwycona, jak bardzo poprawiło to jakość moich dni! Nic w moim telefonie nie pika, nic nie wyrywa mnie z rzeczy, które akurat robię, nikt nie wchodzi bez pytania w moją przestrzeń. Nadal mam na telefonie i facebooka i messengera, ale to ja decyduję, czy i kiedy do nich zaglądam, nic mnie nie ponagla i nie nagabuje.
  • regularny detoks, czyli odkładanie telefonu i komputera w kąt, najlepiej z wyłączonym dźwiękiem. Nauczyłam się, że nie ma takich smsów, których nie można by odczytać później i nie ma takich telefonów, na które nie można by oddzwonić. Myślę, że takie podejście docenią szczególnie osoby lękowe, którym zdarza się odczuwać specyficzny strach przed odbieraniem dzwoniącego telefonu.
  • nie zaczynanie dnia od przeglądania telefonu. Czyli kolejna zmiana związana z telefonem, co tylko pokazuje, jak ważne jest, żeby tego małego drania trzymać w ryzach 😉 Oczywiście wszystko zaczyna się niewinnie, rano zaraz po otwarciu jednego oka sięgamy po telefon, żeby wyłączyć budzik, sprawdzić, która godzina, a potem już leci: sprawdzamy kalendarz, pogodę, sociale i zanim się obejrzymy mija godzina, bezpowrotnie stracona na pierdoły, na skrolowanie bez celu, zaglądanie na cudze profile, lajkowanie. Pół biedy, kiedy nie odciska się to w żaden sposób na naszym nastroju, ale przecież często taka poranna rundka jakoś nas jednak kłuje w bok. A przede wszystkim rozprasza.
  • nie kończenie dnia przeglądaniem telefonu 🙂 Jestem pewna, że znajdziesz coś ciekawszego do robienia przed zaśnięciem. Jeśli brakuje CI pomysłów, zajrzyj do zakładki Książki.
  • przeorganizowanie swojego życia zawodowego tak, żeby nie było uciążliwe. Po pierwsze oznacza to oczywiście robienie tego, co się faktycznie robić chce (patrz punkt 2.). Ale drugim ważnym elementem jest takie ułożenie pracy, żeby minimalizować niewygodę. Dla mnie to oznacza pracę głównie w domu, dzięki czemu nie tracę czasu na dojazdy (a kiedyś dojeżdżałam do biura i z powrotem nawet 3 godziny dziennie!).
  • skracanie swoich list rzeczy do zrobienia o połowę i odmawianie zleceń, których nie chcę lub nie mogę zrealizować, bez biczowania się i przekonywania, że teraz już na pewno umrę z głodu i nędzy. No nie da się zrobić wszystkiego, po prostu.
  • zrozumienie, że odpoczynek nie jest pierdołą. Planowanie odpoczynku, zostawianie sobie w ciągu dnia czasu na nicnierobienie jest bardzo ważne i wbrew pozorom pozwala zmniejszyć ilość czasu marnowanego na czynności, które nic nie wnoszą, a męczą. Dobrze jest planować odpoczywanie w kilku obszarach: codzienne (przerwy w pracy, czas na przyjemności każdego dnia), tygodniowe (całe dni, kiedy nie pracujemy), miesięczne (może jakaś mikrowyprawa za miasto? albo inna przyjemność, która pozwoli na trochę zmienić krajobraz) i roczne (chociaż jeden dłuższy okres odpoczynku w roku, co najmniej 14-dniowy, a najlepiej jeszcze dłuższy). Po prostu trzeba sobie dawać czas na kontakt ze sobą, sprawdzanie, czy wszystko ok, czy przypadkiem czegoś nie trzeba zmienić, podreperować. Dawać sobie czas na pielęgnowanie relacji, ciała i ducha. Na kontakt z naturą, zmianę okoliczności. Właśnie w takich momentach robimy w swojej głowie miejsce na nowe, uruchamiamy pokłady kreatywności i regenerujemy zasoby energii.

 

Decyzja 4: Będę o siebie dbać.

Bo w końcu wiem, że na to zasługuję.

Zrezygnowałam z rzeczy, na które wcześniej zdarzało mi się marnować pieniądze: ciuchy, kosmetyki, częste wyjścia do knajp. Moja kosmetyczka składa się z kilku prostych produktów, poranny makijaż, jeśli w ogóle go robię, zajmuje mi nie więcej niż 5 minut. Nie kolekcjonuję ubrań, traktuję je użytkowo, mam kilka podstawowych zestawów, mają być wygodne, z naturalnych materiałów. Zupełnie nie interesuje mnie, czy są modne, bo i tak noszę je co najmniej kilka sezonów, dopóki się nie rozpadną (o moim ukochanym płaszczu, który jest ze mną szósty sezon krążą już legendy 😉 ).

Dzięki oszczędnościom mogłam zacząć realnie inwestować w siebie i swój dobrostan:

  • poszłam na terapię, która pomogła mi stanąć na nogi po ostatnim epizodzie depresyjnym i przepracować kolejną porcję rzeczy, które domagały się domknięcia
  • w końcu zadbałam też o swoje ciało: zaczęłam chodzić na jogę, zajęłam się swoim kręgosłupem i trafiłam na fizjoterapię. Bo nie wystarczy uporządkować głowy, najlepiej jeśli równolegle zajmujemy się też ciałem.
  • zaczęłam się lepiej odżywiać, więcej gotować sama, kupować lepsze produkty w zaufanych miejscach
  • mogłam zainwestować w kilka rzeczy w swoim otoczeniu i zorganizowałam swoją przestrzeń tak, żeby mieć komfort życia i pracy.

 

Decyzja 5: Zacznę (i skończę!) drugie studia po 30-tce.

To nieuchronne pokłosie decyzji nr 2. Usiadłam i ustaliłam sama ze sobą, co konkretnie chcę robić w życiu, żeby czuć, że realizuję swoje wartości. Znalazłam najlepszą według siebie drogę do realizacji tego celu i wylądowałam na studiach psychologicznych 🙂

I muszę przyznać, że dawno żadne doświadczenie nie było dla mnie tak przyjemne, rozwijające i niosące przekonanie, że poruszam się w dobrym dla siebie kierunku.

Pamiętam, jak to jest studiować coś, co nie jest dla mnie w ogóle interesujące. Pamiętam poczucie straty czasu i energii. I zachęcam Cię bardzo do własnych poszukiwań. Nie zatrzymuj się tam, gdzie nie jest Ci dobrze, szukaj dalej, sprawdzaj różne opcje, gdzieś tam jest dla Ciebie to coś, co nie pozwoli Ci w nocy spać, bo będzie ekscytować i domagać się Twojej uwagi. (Wiem, co mówię. Na zegarku właśnie wybija 2 w nocy 😉 )

***

Jeśli chcesz wiedzieć o kolejnych tekstach, albo po prostu być ze mną w kontakcie, zapraszam na Instagram i Facebook.

Zajrzyj też na naszą dobrzejestową grupę wsparcia 🙂

***

Jeśli czujesz, że twój stan lub stan bliskiej ci osoby jest poważny (np. pojawiają się myśli samobójcze, chęć skrzywdzenia siebie lub innych) SIĘGNIJ PO POMOC. Zgłoś się do najbliższego szpitala psychiatrycznego (nie jest potrzebne skierowanie, ani ubezpieczenie zdrowotne, w sytuacjach nagłych lekarz musi Cię przyjąć tego samego dnia).

Tutaj znajdziesz też listę placówek w całej Polsce, które udzielają wsparcia osobom w kryzysie psychologicznym:https://liniawsparcia.pl/placowki/

Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych: 116 123 (codziennie 14.00–22.00)

Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla młodzieży: 116 111 (codziennie 14.00–22.00)

2 komentarze

  1. czytelniczka

    20 września 2018 at 11:03

    Wspaniały wpis, który zmienia perspektywę na wiele spraw. Dziękujemy Asiu!

  2. Kasia

    29 września 2018 at 23:48

    Dziekuje! Jestes cudna 😃

Pozostaw odpowiedź czytelniczka Cancel