Felieton, O matko, depresja, Polecane

#AferaMleczna czyli #MomShaming po polsku

O tym jak najpierw zalało mnie mleko, a potem fala internetowego hejtu.

Dobrze jest się w życiu pośmiać. Ale warto też zwracać uwagę na to, z czego lub kogo oraz jak się śmiejemy.

#AferaMleczna

Jakiś czas temu (w lutym 2019) opublikowałam na profilu instagramowym @omatkodepresja to zdjęcie:

Dla osób, które obserwowały profil (poświęcony tematowi depresji i innych zaburzeń okołoporodowych oraz normalizacji macierzyństwa) nie było to nic nadzwyczajnego. Ot zdjęcie, które szczerze pokazuje codzienność matki karmiącej piersią. Pod postem pojawiło się kilkaset polubień i kilkanaście komentarzy, w których inne mamy dzieliły się swoimi doświadczeniami i radami w tym temacie oraz kilka komentarzy zaskoczonych kobiet, które mamami nie są.

Minęły niemal trzy miesiące. Kwiecień chylił się ku końcowi. W piątkowy poranek zajrzałam na Instagram, żeby opublikować nowy post. Zdziwiła mnie nietypowo duża aktywność na profilu. Pomyślałam, że pewnie jakaś osoba udostępniła gdzieś któryś z postów, jak to czasami bywa. Później zauważyłam kilkadziesiąt wiadomości od dziewczyn obserwujących profil: „Tak mi przykro, Twoje zdjęcie trafiło na… (tutaj nazwy różnych fejsbukowych grup) i leje się pod nim jad”. Moje zdjęcie na grupach wyśmiewających matki? Ale niby które? „To z plamami mleka”.

Zajrzałam pod post. I przez chwilę poczułam, jak się czuje osoba, która właśnie padła ofiarą internetowego hejtu.

Fala nienawiści przetaczała się przez mój profil do niedzieli. W efekcie post wyświetlono (póki co) prawie 30 tysięcy razy (93% osób, które to zrobiły nie jest obserwatorami mojego profilu), pod postem pojawiło się prawie 600 komentarzy (zgodnie z zapowiedzią, usuwałam te najbardziej wulgarne). Dodam, że nie zaglądałam na grupy, z których przychodzili hejterzy, domyślam się, że tam ilości reakcji były wielokrotnie większe. Na mój profil trafili tylko Ci najbardziej zaangażowani, którym chciało się wpisać nazwę w wyszukiwarkę Instagrama.

Fala miłości

Oprócz całej żółci, która rozlała się pod postem, spotkało mnie też coś absolutnie niesamowitego. Jeszcze przed południem do mojej skrzynki zaczęły napływać wiadomości pełne wsparcia, słów otuchy, wkurzenia na hejt i, co tu dużo mówić, tony prawdziwej kobiecej (ale nie tylko!) solidarności. Setki kobiet, same z siebie, pospieszyły, żeby mnie wesprzeć w potrzebie.

Już w sobotę ilość pozytywnych komentarzy pod postem przewyższyła ilość tych negatywnych. Dziewczyny dosłownie przepędziły hejterów, nierzadko same wystawiając się na nieprzyjemne ataki.

Prawie 1500 osób zostawiło pod postem serduszko.

Fala miłości zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Moje zdjęcie zaczęło się pojawiać w coraz większej ilości Insta stories (m.in. na profilach @cialopozytyw, @lewogram, @riennahera, @mamanaroslinach, które opatrywały je swoim obszernym komentarzem, ale przede wszystkim u całej masy „zwykłych” dziewczyn). (A wiem tylko o tych relacjach, w których oznaczono mój profil)

W sobotę temat podchwycił też jeden z internetowych wydawców i tym sposobem #AferaMleczna znalazła się na pierwszej stronie portali Mamadu.pl i NaTemat.pl

To już pewnie kwestia mojej fantazji, poznawczego torowania albo internetowego algorytmu (albo wszystkiego na raz), ale od weekendu widzę duże ożywienie w temacie normalizacji macierzyństwa, np. @blogojciec opublikował post o karmieniu piersią, a @bebespace.pl sprzedało rekordową ilość bluzek z haftem matki karmiącej 😂

Matka matce, kobieta kobiecie

I pomyśleć, że wszystko prawdopodobnie zaczęło się od tego, niby niewinnego, niby żartobliwego, zamieszczonego na „bezpiecznej” grupie dla mam posta:

Nie jestem na tej grupie. Nie wiedziałabym o tym poście, gdyby nie moje czytelniczki. Nie mogę na niego odpowiedzieć (nawet gdybym chciała), bo administratorka nie odpowiada na moje zgłoszenie.

Kilka godzin po tej publikacji, moje zdjęcie wylądowało na pierwszej hejterskiej grupie. Prawdopodobnie podesłane przez jedną z członkiń tej grupy. Matkę. I machina ruszyła.

Madka i Tateł

W polskim internecie od jakiegoś czasu funkcjonują Madka i Tateł, dwa wirtualne byty, ulepione przez osoby, które lubią się pośmiać z rodziców. Niewykształceni (zatem na pewno głupi), ślepo zachwyceni swoimi dziećmi („bombelkami”) albo traktujący je instrumentalnie dla własnych, najczęściej materialnych, korzyści.

Warto jednak pamiętać, że stereotyp, jak to stereotyp, to nic innego, jak droga na skróty. Łatwiej jest wrzucić wiele osób do jednego worka i mieć gotową ich ocenę, zamiast za każdym razem analizować źródło i kontekst ich zachowań. Tymczasem ocenianie ludzi po okładce bywa, jak wiemy, nie tylko mylne, ale też niebezpieczne.

Dlaczego grupy wyśmiewające matki i ojców powinny zniknąć z internetu?

Bo nigdy nie wiesz, z kogo się śmiejesz, jaka jest historia tej osoby, jaki jest jej stan psychiczny i jak zareaguje ona na hejt.

Bo depresja poporodowa zabija. To zaburzenie, które, bez udzielenia odpowiedniego wsparcia matce, może doprowadzić do śmierci jej oraz jej dziecka. Tak, do śmierci. Właśnie o to toczy się ta „gra”. Nie sądzę, żeby osoby administrujące takie grupy zdawały sobie z tego sprawę.

Również dlatego, że ślepe, masowe krytykowanie, nawet pod płaszczykiem humorku i heheszków, to nadal zwykły, prostacki hejt, który wcześniej czy później prowadzi do realnej przemocy. Bo czy stwierdzenie „pokazujesz bieliznę poplamioną mlekiem, więc prosisz się o hejt” nie przypomina do złudzenia „nosisz krótką spódniczkę, więc sama prosisz się o gwałt”?

Po co „takie zdjęcia” w internecie?

Widzę głęboki sens w udostępnianiu zdjęć normalizujących macierzyństwo. To jest realne wsparcie dla matek, które czują się ze sobą źle i którym wydaje się, że są same. Dla mam, które nie są idealne. Dla kobiet, które boją się publicznie karmić, albo muszą wysłuchiwać rad typu „w okresie laktacji noś tylko białe bluzki, żeby przypadkiem nikt nie zauważył plamy z mleka”. Dla mam, które myślą, że tylko im zdarza się popełniać błędy i jest im z tego powodu trudno. Dla matek, które cierpią na depresję poporodową. Dla kobiet, które myślą o samobójstwie. Jeśli można im pomóc poprzez tak trywialną czynność, jak opublikowanie zdjęcia w internecie, to myślę, że warto.

Równie głęboki sens widzę w udostępnianiu takich zdjęć przez osoby, które zmagają się ze wstydem związanym na przykład z trudno poddającymi się leczeniu chorobami skóry, niepełnosprawnością, bliznami, korzystającymi ze stomii, przechodzącymi chemio i radioterapię. Spotykam takie osoby na swojej ścieżce zawodowej. Wiem, jak duży dyskomfort odczuwają, funkcjonując w nieprzyjaznym społeczeństwie, jak bardzo potrafią być z tego powodu nieszczęśliwe. Wcale nie musi tak być. Zmienić to może właśnie normalizacja.

Nasze matki radziły sobie bez takich zdjęć.

No właśnie, „radziły sobie”. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Z brakiem środków higienicznych. Często z ogromnym bólem. Z traumą po trudnych porodach, ciężkich ciążach, poronieniach. Bez wsparcia psychologów, fizjoterapeutów, lekarzy, innych matek, nawet własnych. Z podniesionym czołem. Bez możliwości powiedzenia o tym głośno.

Nic dziwnego, że po kilkudziesięciu latach niektóre z nich zrobiły z tego swoją super moc. „Ja wychowałam piątkę, bez żadnej pomocy, a ty przy jednym marudzisz”. „Za moich czasów nie było takich udogodnień. Wy teraz nie wiecie, co to naprawdę znaczy być matką”. I tak się kręcimy w tym zaklętym kole traumy od pokoleń.

Tylko czy naprawdę właśnie o takie macierzyństwo dla siebie i naszych córek nam chodzi?

Nie chciałabym żeby moje dziecko padło ofiarą hejtu w szkole, bo „mamuśka pokazała cycki w internecie”.

Dokładnie. Ja też nie chcę żyć w świecie, w którym ktokolwiek pada ofiarą hejtu ze względu na cokolwiek. I właśnie po to, żeby mój syn nie musiał się bać nienawiści, kiedy pójdzie do szkoły, działam i przeciwstawiam się hejtowi dziś.

Tymczasem dziecko rodzica, który sam hejtuje uczy się właśnie tego, że hejt jest dobrą reakcją na wszystko: na inność, na coś czego się nie rozumie, albo boi, na coś co się nie podoba, albo co się uważa za moralnie gorsze. Jakim sposobem ma to wpłynąć na to, że nie będzie one stosować hejtu w przyszłości?

To nie trzeba być innym, powiesz. Tak by pewnie było najłatwiej, ale nie jest to możliwe. Wczoraj „inne” były kobiety noszące spodnie, dziś „inne” są matki, pokazujące prawdę o laktacji. Jutro „inne” mogą się okazać osoby o konkretnym typie urody/pochodzeniu/wierze, np. dokładnie takich, jak twoje.

Myślę, że warto chociaż rozważyć możliwość reagowania bardziej empatycznego, trochę większą akceptację dla „inności”. Bo wszyscy jesteśmy indywidualnościami, bardzo się od siebie różnimy. Nie musimy się rozumieć, nie musimy się nawzajem zajadle przekonywać do swoich racji. Warto, żebyśmy się po prostu szanowali.

To jest obrzydliwe.

Co dokładnie? Karmienie piersią? Laktacja? Posiadanie piersi? Bycie matką? Bycie kobietą w ogóle? Dlaczego to jest obrzydliwe? Bo nie widzi się tego na co dzień? Bo jest związane z ciałem, fizycznością, fizjologią? Bo „tylko” połowa ludzkości tego doświadcza?

Tak bardzo zasmuca mnie to, że na świecie tak wiele z nas, kobiet, żyje, nienawidząc swoich własnych ciał, brzydząc się ich naturalnym wyglądem, zapachem, wydzielinami. Nawet tymi, które świadczą o tym, że mogą dawać życie, a następnie to życie wykarmić. Bo przecież mówiąc innej kobiecie, że jej ciało czy fizjologia są obrzydliwe mówisz to, co myślisz o również sobie samej.

Warto zastanowić się na tym, skąd to się bierze? Nie rodzimy się przecież z poczuciem wstydu i obrzydzenia do własnego ciała.

Czego tu się wstydzić?

#MlecznaAfera nie dotyczy tylko rodziców, czy tematu karmienia piersią. Wpisuje się w szerszy społeczny aspekt: #bodyshaming (zawstydzanie ze względu na budowę/funkcjonowanie ciała), #slutshaming (zawstydzanie kobiet nie wstydzacych się swojej seksualności) i wreszcie #momshaming (zawstydzanie ze względu na publiczne karmienie piersią i inne przejawy bycia matką, jak plamy z mleka na ubraniach, dzielenie się zdjęciami dziecka, ale też rodzicielskie wybory, zachowanie dziecka itp.), to tylko różne nazwy na jedno zjawisko – dyskryminację. I wszystkie one podlegają jednej zasadzie: zawstydzić.

Zapominamy jednak, że wstyd to konstrukt społeczny, a nie odgórnie narzucone (przez kogo/co właściwie?) moralne prawo. Nikt nie ma monopolu na określanie, czego powinno się wstydzić. Nikt się z poczuciem wstydu nie rodzi, a dopiero nabywa go w procesie socjalizacji. I jest to proces genialny w swojej niezawodności: jeśli ktoś za bardzo odstaje, społeczeństwo bardzo szybko go „temperuje”. Nie trzeba dodatkowych zachęt, czy nagród. Wystarczy poczucie „dobrze spełnionego, moralnego obowiązku”, przynależności to tej „moralnie nieomylnej” części społeczeństwa. A że przez wieki to mężczyźni trzymali pieczę nad tym, jak to społeczeństwo funkcjonuje, co jest do przyjęcia, a co jest obrzydliwe, nic dziwnego, że obrzydliwe jest głównie to, co prawdziwie kobiece, czego nie da się tak łatwo poddać kontroli lub seksualizacji.

Warto zwrócić uwagę, na to, że to społeczeństwo (czy też suma społeczności), a więc ludzie jako ogół, decydują o tym, co zawstydza. I również ludzie mogą tę granicę przesuwać.

Dzieje się to, oczywiście, na przestrzeni jakiegoś odcinka czasu. Jeszcze do niedawna łatwo było zawstydzić kobietę, która odważyła się zażądać głosu wyborczego albo założyć spodnie. Kiedy ta granica została przesunięta, zawstydzano kobiety, które skracały spódnice, pogłębiały dekolty, zakładały nowy krój bikini. Kiedy i to przestało być skuteczne, zaczęto zawstydzać te z nas, które nie pasowały do wymyślonego obrazu kobiety idealnej – zajmującej się dzieckiem, prowadzącej dom, zależnej finansowo od męża. Gdyby nie II Wojna Światowa pewnie nadal walczyłybyśmy o prawo do pracy i własnych dochodów. Nadal trwa walka o równe traktowanie naszej pracy.

Dziś zatrzymujemy się na granicy postrzegania i traktowania naszych ciał. Prawa do wyłącznego decydowania o ich wyglądzie, stopniu zakrycia lub odsłonięcia, funkcjonowaniu w przestrzeni publicznej i poza publicznej. Ale i to ograniczenie, zaufajcie mi, wisi już na ostatnim włosku.

Co zadecyduje o kolejnym przesunięciu dyskursu? Zsumowane działania jednostek. Moje, twoje, twoje i twoje. Dlatego #WspieramNieZawstydzam <3 

#MomShamingStop

2 komentarze

  1. Sybi

    30 kwietnia 2019 at 10:54

    Jestem mamą od prawie 7 miesięcy. Od kiedy zaczęłam karmić trudne było dla mnie między innymi to, że na noc zakładałam stanik i wkładki żeby mnie nie zalało. Odczuwałam dyskomfort, do tej pory sypiałam bez stanika. Długo dojrzewałam do tego by pozbyć się go i pozwolić by ‚zalało mnie mleko’. Przed tym nie da się uciec.. tak jak przed innymi doświadczeniami, które niesie macierzyństwo a z którymi jest niewygodnie. Uciec się nie da, można zaakceptować.
    Obserwuje Twój profil na facebooku, często odnajduję siebie w Twoich refleksjach, ale zauważyłam też, że nie cieszą się one zbyt dużą popularnością, stwierdzam to na podstawie komentarzy i lajków. I wiem, że nie jest tak dlatego bo tylko nam bywa źle.. Te, które hejtują, tak naprawdę ciągle uciekają.

  2. #AferaMleczna – odpowiadam na niektóre komentarze. – dobrze jest. nie rycz.

    30 kwietnia 2019 at 11:33

    […] pod moim postem rozlała się fala hejtu spod znaku #momshaming. Więcej o całej sprawie w tym tekście. Tutaj odpowiadam, bardzo kulturalnie 😉, na niektóre z komentarzy, które napłynęły razem z […]

Leave a Reply