Depresja, Felieton, Lęk, Polecane, Terapia

Wiadomo, wariaci.

Trochę smutny, trochę śmieszny. Zapis mojej pierwszej wizyty u psychiatry.

Od rana czuję ucisk w żołądku. Ten charakterystyczny supeł, połknięty kiedyś jeż, który towarzyszy mi przez prawie całe życie, ale w ostatnich miesiącach jest bardziej obecny niż zwykle. Budzę się przed budzikiem, wstaję bo nie mogę już spać. Standardowe ćmienie pomiędzy skroniami, kark z betonu, ramiona uniesione napięciem. Trochę trzęsą mi się ręce, nie potrafię znaleźć sobie miejsca, odliczam minuty do wyjścia.

Zjadam śniadanie, bez smaku i bez przekonania. Najprostsze, żebym nie musiała go za bardzo przygotowywać. Kolejne porcje grzęzną w ustach. popijam zbożową kawą, zwykłej nie piję od miesiąca, mówią, że wzmaga nerwowość i drżenie. Kawa bez mleka, bo od dwóch tygodni nie mam siły pójść do sklepu na dole.

Wychodzę. Zimny tlen (i inne związki lotne), wpadający do płuc. Świeci jesienne słońce. Jest zimno, ale nie przeraźliwie. Idę powoli, krok za krokiem, trochę kręci mi się w głowie, ale to nic nowego. Noga za nogą, chociaż ostatnio jest to jakiś wysiłek. Do celu mam jakieś 500 metrów, wiem, że nie muszę się spieszyć, raczej się nie spóźnię. Napawa mnie to czymś na kształt dumy.

Budynek jest oznaczony tylko małą tabliczką. Nie ma na niej szczegółowych informacji, jacy lekarze znajdują się w budynku. To jedno z tych miejsc „gwarantujących dyskrecję”. Nawet mnie to śmieszy. Prawie połowa mieszkańców Europy każdego roku cierpi na jakiegoś rodzaju zaburzenia psychiczne i choroby mózgu. Zaburzenia psychiczne są drugą (zaraz po chorobach serca, a przed nowotworami) najczęstszą przyczyną obniżenia jakości życia i przedwczesnej śmierci. 95% ludzi na świecie na coś choruje, jedna trzecia z nas ma więcej niż 5 schorzeń. Mimo to, z jakiegoś powodu nadal uważamy, że ukrywanie problemów psychicznych ma logiczne uzasadnienie. Nie dla mnie.

Naciskam guzik domofonu. Wskazuje na niego wyraźna strzałka. Mam wrażenie, że wszystko jest opisane bardzo dokładnie, domofon i brama mają instrukcję obsługi. No tak. Jak dla wariatów, myślę sobie. Panie w recepcji wykazują podejrzanie wysoki poziom empatii, są dziwnie spokojne i uśmiechnięte. Wszystko jest dla mnie podejrzanie miłe i miękkie — jak dla wariatów, myślę sobie.

Pierwsze rozczarowanie jest takie, że mam do czynienia z wyspecjalizowaną placówką. Nie jest to oddział szpitalny, ale sporo tu ludzi, wszystko jest dokładnie zorganizowane, atmosfera jest bezosobowa, neutralna, bezimienna. Liczyłam na kameralną, przytulną sytuację. Nie tym razem.

W recepcji dostaję do wypełnienia ankietę osobową. Nie przesadnie długą, bez trudnych pytań — wiadomo, dla wariatów. Potem zostaję skierowana do poczekalni.

Nijaka przestrzeń ze skórzanymi, zielonymi kanapami, zapasem wody, plastikowych kubków, chusteczek i radiem, grającym jakąś drażniącą mnie muzykę z gatunku „rozrywka w windzie”. Rozglądam się po innych oczekujących. Pełen przekrój: smutne dziewczyny w moim wieku, dystyngowani starsi państwo, młody biznesmen w garniturze, nerwowo machający nogą, pani w średnim wieku z bardzo złą trwałą. W którymś momencie do poczekalni wchodzi dorosła kobieta, która wygląda jak lalka — w wielkiej sukience z materiału na zasłonę, w dwóch warkoczach i z pustymi oczami — to na nią czekała starsza para. Mówią do niej „córuś”. To dziwne uczucie, że czuję z nimi wszystkimi jakąś wspólnotę losu. Czy mam to samo, kiedy siedzę w kolejce do ortopedy?

Do poczekalni co chwilę zaglądają terapeuci i wyławiają swoich pacjentów. Ci, którzy są tu pierwszy raz są wywoływani po imieniu (bez nazwisk, wiadomo, gwarantowana dyskrecja), inni od razu rozpoznają swojego lekarza i nie czekając na wezwanie odpływają znaną sobie drogą do przylądków dobrej nadziei, rozrzuconych na dwóch piętrach poradni.

Moją panią doktor widziałam na zdjęciu. Ma egzotyczną urodę i nie mniej egzotyczne nazwisko (którego za cholerę nie umiem zapamiętać). Przychodzi po mnie 15 minut po czasie. Podaje mi małą, zimną, wiotką dłoń. Trochę mnie to martwi. Pójdziemy do gabinetu na drugie piętro — mówi. Tymi schodami — dodaje. No wiadomo, wariaci, trzeba się wyrażać precyzyjnie.

Puszcza mnie przodem, więc drepczę przed nią, niepewnie, zastanawiając się, czy już mnie diagnozuje, czy jednak poczeka, aż usiądę w fotelu. Ciekawe jak wygląda „chód zdrowego człowieka po schodach”. Powinnam iść szybciej? Że niby ochoczo chcę się poddać terapii. Czy może raczej powoli, ociężale, jak na człowieka w depresji przystało? Ostatecznie porzucam wszystkie strategie. Wizyta u psychiatry to nie jest moment na aktorskie popisy.

„Gabinet” to niewielka przestrzeń na poddaszu — trochę za duża, żeby mogła być przytulna, trochę zbyt nijaka, żeby można się było poczuć swobodnie. Widać, że to przechodni gabinet, doktorka trzyma swoje rzeczy w torbie, widać, że nie jest zaprzyjaźniona z tą przestrzenią. Wszystko jest dobrze zorganizowane, ale jednocześnie prowizoryczne — brzydkie fotele, lekkie na tyle, żeby ich przestawianie nie sprawiało problemu. Plastikowe kubki na wodę, żeby po wyjściu pacjenta można było od razu usunąć ślady jego obecności.

Błyskawicznie lokalizuję zostawiony po lewej stronie stołu notatnik, więc siadam w fotelu po prawej. Jednocześnie dwie zabawne myśli pojawiają się w mojej głowie: czyli nie będzie testu — który fotel wybiorę? Oraz: następnym razem muszę spróbować ją podsiąść, ciekawe jak zareaguje.

Siadam możliwie najwygodniej, chociaż mam ochotę się skulić. Na fotelu wieszam torbę i orientuję się, że jest na niej wielki napis „bajzel”. Nie ma to jak wystawić sobie samej etykietę jeszcze zanim się wypowiedziało pierwsze zdanie. Siadam i patrzę i wiem, że ona w tych oczach widzi przerażenie, bo jest to jedyna emocja, którą aktualnie odczuwam. Co to będzie, co to będzie? I czy będzie tak źle, jak mi się wydaje, że jest, czy może jeszcze gorzej?

Siedzę i patrzę tymi ślepiami wybałuszonymi, jak u chomika, kiedy go bierzesz do ręki, a on się boi tak bardzo, że zdarza się, że od razu pada na zawał. Nagle słyszę pytanie, które po prostu musi paść: z czym pani tutaj przyszła? No nie wiem, myślę sobie, z torbą etykietującą i portfelem wypełnionym gotówką, którą będę musiała zostawić w kasie. Co pani dolega? No, tego właśnie bym się chciała dowiedzieć, bo podejrzenia jakieś owszem mam, ale ostatecznie to jednak wolałabym usłyszeć profesjonalną diagnozę, szczególnie biorąc pod uwagę tę wspomnianą gotówkę — myślę sobie, nadal nie wydając żadnego dźwięku. Jakie trudności napotyka pani w codziennym życiu? O, no i to jest pytanie godne wariatki. Bo ja proszę pani napotykam trudności ogromne.

Pierwsza trudność dopada mnie jak tylko otworzę oczy. Jest nią smutna na ogół refleksja, że przez noc nie udało mi się ani wyspać, ani stać szczęśliwszą, ani nawet nie przestała mnie boleć głowa, co uważam w takiej chwili za jawną złośliwość losu. Bo ile dni może człowieka boleć głowa? Potem jest już tylko gorzej.

Nie wiem od czego zacząć. Mam uporczywe zaburzenia nastroju — mówię w końcu, bo tylko to określenie z ostatnich zajęć z psychopatologii wydaje mi się być adekwatne do sytuacji. A potem gadam i gadam i gadam. I nawet nie myślę o tym, że to pierwszy raz, kiedy tak opowiadam te wszystkie rzeczy komuś, kogo pierwszy raz widzę na oczy i nie jestem nawet jakoś szczególnie przekonana, czy się lubimy.

Pani lekarka słucha w miarę uważnie, notuje bardzo małymi literkami jakieś fakty, na których za chwilę oprze swoją diagnozę mnie. A ja gadam bez przerw na oddech, bez składu pewnie, ciągle rozwijając kolejne poboczne wątki, z których terapeutka musi mnie wyciągać, żebym nie odpłynęła za daleko, bo nie nadąża notować. Gadam jakbym właśnie zerwała regułę milczenia w jakimś klasztorze, jakby pękła we mnie tama i zza niej wylewa się wszystko, co chciałam powiedzieć, ale mi się nie udało przez te wszystkie lata.

W jednej chwili zalewa nas wielka fala, jakby wir tornado. Czego tam nie ma! Porwani nurtem zwierzeń płyną ojciec z matką — wiadomo, każdy rodzic musi się liczyć z tym, że jego dziecko obsmaruje go kiedyś na terapeutycznej kozetce, cała plejada byłych, których twarze już dawno wyparowały z mojej pamięci, znajomi z podstawówki, zleceniodawcy, ze szczególnym uwzględnieniem tych najpaskudniejszych i zapominających o przelewach, nawet pan, co obsługiwał wesołe miasteczko tego, dnia, kiedy utknęłam w wielkim białym łabędziu, co nie chciał sfrunąć na ziemię, a trzydzieści metrów pode mną ten pan i rzeczona matka krzyczeli, żebym puściła ster, bo inaczej zostanę u góry na zawsze. Są kwieciste opisy myśli i uczuć, a nawet odczuć z ciała (dokładnie tak, jak mnie uczyli na grupie rozwojowej). Pojawiają się nawet nieśmiałe próby autodiagnozy, wnioskowania, jakie mechanizmy mogły mnie strącić w tę otchłań rozpaczy. W końcu zadaję pytanie, które również pochodzi z kategorii tych, które muszą paść niechybnie — co robić, jak żyć?

Lekarka, zapewne upatrując w tej sytuacji ostatniej szansy na dojście do głosu w trakcie 50-minutowej sesji, szybko odpowiada — Myślę, że na pewno powinna pani pójść na psychoterapię, żeby z kimś porozmawiać.

To jedno zdanie jest jak korek wyciągnięty z wanny — cała woda opada. Czyli zasada nr jeden — w gabinecie psychiatrycznym niekoniecznie chodzi o opowiadanie całego swojego życia i wszystkich związanych z nim rozterek. Lepiej odpowiadać na pytania, które mają dać lekarzowi jasność, jak poważny jest nasz stan i jakie leki w związku z tym zadziałają na nas najlepiej. No wygłupiłam się delikatnie, ale dzięki temu czuję się jakby lżej. Ktoś pokiwał głową i zrobił zatroskaną minę, w dodatku był to profesjonalista.

Teraz nastepuje seria celnych pytań i nieporadnych odpowiedzi. Jak pani sypia? Na boku. Jak pani jada? Bez przyjemności. I, proszę wybaczyć, ale muszę o to zapytać, czy ma pani ochotę coś sobie zrobić? Tak, herbatę.

Chyba zdaję test na wariatkę, bo z gabinetu wychodzę z receptą na antydepresanty i „coś na lęk”, zaświadczeniem o niezdolności do pracy i zaproszeniem na kolejną wizytę za trzy tygodnie.

Znowu mała, zimna, bezwładna ręka w mojej ręce. Schodami w dół. Nieskazitelnie uśmiechnięta pani w recepcji umawia mnie na kolejną wizytę. Wychodzę. Bramka z drugiej strony też jest opisana tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, jak stąd wyjść. Po 300 metrach zawracam — nie zapłaciłam. Pani w recepcji z tym samym nieskazitelnym uśmiechem przyjmuje pieniądze. Pewnie się to zdarza. Wiadomo, wariaci.

***

Powyższy tekst ma charakter nieco satyryczny. Choć opisuje prawdziwe zdarzenia, wcale nie ma na celu zniechęcić cię do wizyty u specjalisty. jeśli myślisz lub czujesz, że możesz potrzebować pomocy koniecznie zgłoś się do lekarza rodzinnego (i poproś o skierowanie do psychologa lub na psychoterapię) lub do psychiatry (skierownaie nie jest konieczne). jak wybrać specjalistę przeczytasz tutaj.

***

Jeśli chcesz wiedzieć o kolejnych tekstach, albo po prostu być ze mną w kontakcie, zapraszam na Instagram i Facebook.

Zajrzyj też na naszą dobrzejestową grupę wsparcia 🙂

 ***

Jeśli czujesz, że twój stan lub stan bliskiej ci osoby jest poważny (np. pojawiają się myśli samobójcze, chęć skrzywdzenia siebie lub innych) SIĘGNIJ PO POMOC. Zgłoś się do najbliższego szpitala psychiatrycznego (nie jest potrzebne skierowanie, ani ubezpieczenie zdrowotne, w sytuacjach nagłych lekarz musi Cię przyjąć tego samego dnia).

Tutaj znajdziesz też listę placówek w całej Polsce, które udzielają wsparcia osobom w kryzysie psychologicznym:https://liniawsparcia.pl/placowki/

Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych: 116 123 (codziennie 14.00–22.00)

Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla młodzieży: 116 111 (codziennie 14.00–22.00)

2 komentarze

  1. Baśka

    25 sierpnia 2018 at 22:55

    Genialnie trafione, dokładnie tak było. U psychiatry trzeba mówić słowa klucze: „nie śpię”,”nie jem”,”nie myłam się od trzech dni itd”. Ostatecznie trafiłam po licznych porażkach na leki w miarę pomocne, ale najlepsza okazała się wizyta u psychologa ( wstępna przed psychoterapią-taka procedura na nfz). Wypełniłam mnóstwo testów, pani psycholog mówiła mało („No, depresja jak ta lala!”), ale miała taki niesłychany spokój w sobie i uwagę całą skierowaną na mnie, dała mi taką przestrzeń i taką porcję zrozumienia i akceptacji niemal bez słów, że poczułam ulgę, nareszcie ktoś naprawdę pokazał mi, że mam prawo źle się czuć i nie radzić sobie. Jestem jej bardzo wdzięczna.

    1. Joanna

      29 sierpnia 2018 at 12:46

      To jest właśnie to, co ostatnio często zdarza mi się powtarzać w rozmowach: farmakoterapia może być potrzebna i pomocna w określonych sytuacjach, ale moim zdaniem nie powinna być jedyną formą terapii, podstawą powinna być pomoc psychologiczna, psychoterapia, czyli te działania, które faktycznie maja szanse trwale wpłynąć na poprawę sytuacji. Bardzo się cieszę, że znalazłaś swoją panią psycholog <3 Ściskam!

Leave a Reply